Urgammon

Urgammon_reguły

Reklamy

Pisarze to buce

Często spotykam się z tym stwierdzeniem.

„O tym, że X jest bucem wiadomo(…)”, „X to buc nad buce”, „Prywatnie X jest strasznym bucem”. Niedawno wśród fejsbukowych komentarzy pod jedną z dyskusji dotyczących polskiej fantastyki znów przeczytałem, że jakiś autor to buc. Tym razem – jak to czasem bywa – znaleźli się i obrońcy: „Prywatnie oddzielam pisarza od jego dzieł”. I słusznie. Pytanie, czy to wystarczy.

Tak się akurat złożyło, że wyżej wspomnianego pisarza poznałem osobiście, rozmawiałem z nim kilka razy i mam o nim jak najlepsze zdanie – miły, uprzejmy, nader skromny człowiek. Powiedziałbym wręcz, że dobrotliwy. Ale w opinii wielu czytelników jest bucem, ponieważ… ma poglądy (jakieś; nie wiem jakie), które ośmielił się wyrazić podczas jednego ze spotkań autorskich.

Ja tam nie wiem; może i owe poglądy czynią z Niego buca, może wyraził je bucowatą manierą, ale jednego jestem pewien – oddzielenie autora od jego książek nie wystarczy, aby uczciwie ocenić człowieka. Należałoby jeszcze oddzielić autora, postać „publiczną” od pisarza-człowieka; takiego co musi po porannej kawie skoczyć do klopa, jak każdy inny człowiek. Takiego, który niekoniecznie dobrze sobie radzi występując przed publicznością, więc zakłada maskę pewności siebie, czasem arogancji, jedynie po to, aby jakoś przetrwać zderzenie z uciążliwą sytuacją. I wówczas – gdy z osoby prywatnej zamienia się w publiczną – czasem staje się bucem. Nie wiem, ilu pisarzy tak ma. Może tylko paru, może większość.

Ale co, jeśli pisarz okazuje się bucem jako osoba najzupełniej prywatna?

Z pewnością wiele osób miało w życiu podobny epizod, niekoniecznie z pisarzem. A to upolowaliśmy celebrytę, który zachował się karygodnie w restauracji, w której spożywaliśmy kolację. A to wpadliśmy na powszechnie szanowanego profesora w sklepie spożywczym, a ten objechał nas z góry na dół niewybrednymi słowy. To znów lubiany aktor wylegiwał się na plaży u boku jakiejś modelki, z którą bardzo głośno rozmawiał, był jakiś taki… i ogólnie to sprawiał wrażenie, jakby… „wyglądał totalnie na dupka, mówię ci! On prywatnie jest strasznym bucem. Głupi kutas.”

Osobiście sprawa niezbyt mnie dotyczy, bo „pisarzem” byłem dawno i przez krótką chwilę. Później zająłem się projektowaniem fabuł i narracji do gier wideo, a tam – poza dosłownie paroma wyjątkami – raczej nie ma miejsca na zgrywanie celebryty. Tworzenie gier to praca zespołowa i na palcach można zliczyć tych kilku twórców, którzy dorobili się statusu gwiazdy w branży. I całe szczęście.

Ale tak się składa, że w polskim fandomie fantastycznym wciąż jest kilka osób, które czekają na kontynuację moich starych książek. Kilka innych kojarzy mnie jako „tego typa od gier”. Dość rzec, że wciąż bywam zapraszany na konwenty. Czasem, o ile okoliczności mi na to pozwalają, takie zaproszenie przyjmuję.

Bywanie na konwentach w roli Gościa jest bardzo przyjemną sprawą, ale niestety wiąże się z publicznym występowaniem. Moje prelekcje są czasem lepsze, czasem gorsze; to drugie pewnie częściej. Biorę też udział w panelach dyskusyjnych. Zdarza się, że gdy taka dyskusja przybiera nazbyt – jak na mój gust – zgodny charakter, staram się wsadzić kij w mrowisko, powiedzieć coś, co być może popchnie moich współrozmówców do jakiegoś ciekawego sporu. Koniec końców, chyba bywam przy takich okazjach nieco bucowaty. Na szczęście zbyt mały ze mnie misio, aby to kogoś obeszło.

Ale przypomniała mi się inna historia, w której występuję jako osoba niemal prywatna.

Zaproszono mnie kiedyś na pewien konwent w dalekim mieście, w którym byłem raz w życiu, dobrych kilka lat wcześniej, przy okazji tej samej imprezy, a konkretnie jej pierwszej edycji. Inne miejsce, chyba inni orgowie, ale miasto to samo… ładne miasto, miłe wspomnienia, dogodny termin. Przyjąłem zaproszenie.

Miejsce dość odległe od mojego Wrocławia, droga dziwna i uciążliwa, wymagająca przesiadek; trzeba było dojechać tam jeszcze w piątek. Inaczej się nie dało. Ale nie bardzo mogłem sobie wówczas pozwolić na dzień urlopu, więc postanowiłem jechać po pracy. Jakoś zdążę.

Do roboty przyszedłem już z plecakiem, gotów do drogi. Równe osiem godzin pracy – nie pozwoliłem sobie tym razem na żadne nadgodziny. Tym więcej było więc stresu i pośpiechu. Wypompowany chwyciłem za plecak o planowanej godzinie, powiedziałem sayonara i poleciałem na autobus, którym dotarłem na dworzec. Wsiadłem w autokar (popularnej krajowej sieci), w którym niestety wysiadła wentylacja. Było tłoczno i duszno, a ja w tym pośpiechu i stresie zapomniałem kupić wodę. Trudno. Przetrwam jakoś te parę godzin do przesiadki.

Wreszcie wysuszony, głodny i klapnięty docieram do miejscowości, w której dokonuję przesiadki. Kolejne trzy godzinki i jestem na miejscu; dawno po zmroku. Sprawdzam godzinę w komórce – prawie dwudziesta druga. Lecę.

Na szczęście zdążyłem przed zwinięciem kramu, uff. Wchodzę więc na teren konwentu głodny, zmęczony, z odrętwiałym żołądkiem, po ośmiu godzinach pracy i kolejnych sześciu w drodze, zastanawiając się czy na pewno odpowiednio przygotowałem prelekcję i czy niczego nie zapomniałem, z ogromną nadzieją, że już niebawem będzie mi dane zrzucić plecak, wziąć prysznic, zjeść coś i przekimać się. Nie wspominając o tym, że akurat walczyłem z jednym z gorszych epizodów depresyjnych w moim życiu (przyjęcie zaproszenia na konwent z całym dobrodziejstwem inwentarza było częścią owej walki).

Obsługa konwentu była miła i sprawna. Wpisali mnie, dali identyfikator, kazali dotrzeć do nieodległego hotelu, gdzie zjawi się org, który ogarnie mnie i pozostałych gości. Na koniec jeszcze wskazano mi mapkę w informatorze i wytłumaczono jak dostać się najszybciej do hotelu. Padła chyba nawet propozycja osobistego pokierowania na miejsce, odprowadzenia mnie.

Nie znoszę być niczyją kulą o nogi; jest mi strasznie głupio, kiedy wydaje mi się, że mogę być dla kogoś uciążliwy, zwłaszcza dla nieznajomych. Jest to dla mnie bardzo krępujące. Podziękowałem więc z góry, powiedziałem, że na pewno dam sobie radę, i poszedłem. Tym bardziej, że naprawdę źle się czułem; zgięty wpół bólem brzucha. Samo uśmiechanie sprawiało mi trudność, nie mówiąc o prowadzeniu rozmowy.

Sam konwent był fajny i w ogóle. Jakiś czas później – może po roku? – usłyszałem prywatnie od orga innego konwentu, że podobno jestem bucem. Hmm? No bo ktoś, kto ogarniał mnie w opisanej wyżej sytuacji, stwierdził, że Orkan to buc. Dlaczego? – zapytałem zdumiony. W życiu bym nie pomyślał, że AKURAT w tamtej sytuacji okazałem się bucem. Padła odpowiedź: „Podobno wyglądałeś/zachowywałeś się, jakbyś w ogóle nie chciał tam być”.

W pewnym sensie to prawda. Cóż mogę rzec… pisarze to buce.